Po co grzebać w przeszłości?
- Dorota Jurek
- 24 minuty temu
- 6 minut(y) czytania
To popularne ostatnio sformułowanie ma odcień pejoratywny i jest używane - świadomie lub nie - w celu ustawienia zjawiska retrospekcji w psychoterapii w negatywnym świetle i nastawienia odbiorcy na nieprzyjemne skojarzenia. U mnie na przykład, od razu pojawia się obraz rozkopanego grobu po ekshumacji zwłok. Po co zatem „grzebać w przeszłości”? Nie mam nic przeciwko kwestionowaniu status quo, wręcz przeciwnie, cieszę się że są głosy sprzeciwu wobec różnych zjawisk, które uważamy za oczywiste, bo dzięki nim możemy sami dla siebie dokonać rewizji i przyjrzeć im się jeszcze raz.
Co zatem daje to „grzebanie w przeszłości” osobie w terapii?
Po pierwsze, może zrozumieć swoje objawy, reakcje i zachowania, które obniżają jakość jej życia i które chciałaby zmienić. Owszem, podejście poznawczo-behawioralne i jego pochodne pokazują, że można dokonać zmiany bez analizowania przeszłości, z czym nie polemizuję, sama zresztą czasem odsyłam po konsultacjach osoby do pracy w tym podejściu, kiedy uznaję, że będzie dla nich bardziej odpowiednie. Zdarza się jednak nierzadko, że – ponieważ wyleczono objawy bez dotknięcia przyczyny - te wracają uporczywie, czasem w innej odsłonie. Pracuję nieraz z osobami po terapii CBT, z której jak najbardziej skorzystały, jednak same uznały, że potrzebują głębszej pracy i są pozytywnie zaskoczone tym, ile daje im rozumienie i łączenie ich trudności z mechanizmami ukształtowanymi w przeszłości.
Często uporczywość objawów i innych trudności nie pozwala pójść dalej, a większe i poważniejsze zmiany wymagają stawienia się w punkcie wyjścia, czyli uczciwego obejrzenia obszarów, w których przeszłe doświadczenia dokonały wewnętrznego spustoszenia, ale też zasobów, w jakie mnie wyposażyły. Mogę potraktować te wglądy jako punkt wyjścia właśnie do tego, żeby przeszłość nie decydowała o moim dzisiaj i jutro, tylko żebym ja mogła zdecydować co z tym robię. W przeciwnym razie mogę być skazana na automatyczne odtwarzanie przeszłości, co można na przykład zaobserwować w niszczących relacjach, w które wchodzę bez wyciągania wniosków i lekcji. Mogę też włożyć kij między szprychy mechanizmu dowalania sobie czy innych automatycznie realizowanych destrukcji i wpuścić wiatr w te żagle, które dostałam i które są moimi zasobami. I w dojrzały sposób wziąć odpowiedzialność za siebie i pójść dalej.
Grzebanie w przeszłości nie jest, absolutnie, o oddawaniu odpowiedzialności za swoje dzisiaj i za swoje jutro rodzicom oraz wszystkim, którzy mnie skrzywdzili i utrzymywaniu, że wszystko, co złe, to przez nich. Jest dokładnie odwrotnie: zdejmuję z siebie winę i karę oraz poczucie, że mam jakiś defekt, bo byłam przez innych traktowana niesprawiedliwie, surowo czy okrutnie. Oddaję odpowiedzialność rodzicom za przeszłość, a biorę ją na siebie za teraz i od dzisiaj mogę postępować inaczej, gdyż te mechanizmy już mną nie rządzą. Bo je znam, widzę i rozumiem i mogę świadomie decydować o swoich reakcjach.
Tutaj warto poruszyć kolejny zarzut do terapii, czyli „mody” na obwinianie o wszystko rodziców. Często w trudnych rozmowach o rodzicach i przeszłości powtarzam, że nie jesteśmy w sądzie, nie udowadniamy winy i nie wymierzamy kary. Nie operuję tymi kategoriami. Zamiast tego mówimy o odpowiedzialności. Zdejmujemy z siebie, jako dziecka, odpowiedzialność za to co nam się przydarzyło i składamy ją na rodzicach którzy nie dowieźli, nie podjęli się niektórych swoich zadań, zawalili, zawiedli nas. Bo jednym z najbardziej leczących elementów terapii jest głębokie uświadomienie sobie, że to nie była moja odpowiedzialność, że ktoś mnie bił i upokarzał i mnie wyśmiewał i robił mi krzywdę, albo zamiast mnie chronić – sparentyfikował i oczekiwał że będę się nim zajmować. Nie było moim zadaniem porządkowanie chaosu w alkoholowej rodzinie ani ratowanie współzależnionej mamy i uzależnionego ojca. Ja na to nie zasłużyłam. I kiedy zdejmę z siebie ten ciężar, to mogę wreszcie odetchnąć i pójść do swojego życia. I mogę przyjąć i uznać, że moją odpowiedzialnością jest to, co dzisiaj z tym zrobię i w jaki sposób będę się ustawiać wobec rzeczywistości, mając taką historię, takie zasoby i takie deficyty. Jest oczywiście taki etap terapii, kiedy można się złościć na rodziców i żyć w przekonaniu, że spotkało nas od nich samo zło, ale to jest przejściowe i jeżeli ktoś z tym zostaje, to znaczy, że nie dokończył procesu terapeutycznego. Jego celem nie jest obwinienie rodziców. I radosne bieganie po ziemi rozłożonymi rękami i twierdzenie że przecież nic nie jest moją winą, tak mi zrobili to taka jestem. Tylko zdjęcie odpowiedzialności, która nie była moja i przyjęcie tej, która dzisiaj należy do mnie.
Po co jeszcze stawiamy się do przeszłości? W świecie, w którym jako dzieci nie mamy szans uniknąć krzywdy, cierpienia, przerażenia, sytuacji traumatyzujących i bolesnych, potrzebujemy dorosłego świadka, który nazwie krzywdę i przywróci poczucie bezpieczeństwa. Przeżywając trudności, które są dla dzieci za duże, potrzebujemy, żeby ktoś stanął przy nas i powiedział że to było złe, że na to nie zasłużyliśmy, że że wyrządzono nam krzywdę i zapewnił nam bezpieczeństwo. Większość osób, które przychodzą na terapię, nie dostały tego wsparcia, nie miały tego dorosłego i często nikt nie reagował, kiedy ze ścianą słychać było wrzaski i odgłosy przemocy. W szkole nikt nie zajął się tymi, którzy prześladowali gdzieś w toalecie czy szatni i dziecko było zostawione samo w sobie. To jest często gorsze od samej krzywdy, ta samotność w przeżywaniu i brak kogoś dorosłego, któremu można zaufać. W terapii mamy świadka - terapeutę oraz siebie już dorosłego, którzy mogą po pierwsze usłyszeć i powiedzieć to było złe, a po drugie, przywrócić poczucie bezpieczeństwa. Dajemy sobie to czego z jakiegoś powodu nie dostaliśmy, a co jest niezbędne bo bez poczucia bezpieczeństwa w świecie. Nie jesteśmy w stanie budować satysfakcjonującego życia, jeżeli cały czas próbujemy przetrwać i utrzymać się na powierzchni. Czyli grzebiemy w tej przeszłości, żeby to, co nie mogło być wyrażone, poczute, wypowiedziane i usłyszane, dostało przestrzeń, uznanie, zobaczenie i już nie musiało zalegać w otchłani nieświadomości. Kto przeżył, ten wie, jak bardzo leczące bywają takie doświadczenia. Można po nich zacząć budować dojrzałość i przestać reagować jak dziecko w dorosłym życiu.
Po co grzebiemy w przeszłości? Także po to, żeby wiedzieć dla kogo albo przeciwko komu robimy różne rzeczy, podejmujemy ważne decyzje z życiowe czy budujemy swoje życie. Żeby zobaczyć, co jest moje a co nie jest, czy wartości, którymi się kieruję są moje własne czy są to czyjeś oczekiwania. Bo dopóki nie będę kierowała się w życiu swoimi wartościami, to nie będzie ono satysfakcjonujące. Jeżeli będę je urządzała pod kogoś a nie pod siebie, to zawsze będę na coś czekać, i będę się czuła nieszczęśliwa, nie usatysfakcjonowana i zamiast cieszyć się tym życiem, będę jedną nogą w grobie. Dlatego potrzebuję oddzielić to, co nie jest moje, zobaczyć do kogo należy i symbolicznie oddać właścicielowi. Żeby nie opierać decyzji zawodowych na zadowalaniu taty albo nie wiązać się z kimś w poszukiwaniu dobrej mamy.
Czasem retrospekcja służy temu, żeby zobaczyć uczciwie, bez znieczulenia, koloryzacji i filtrów, obraz najważniejszych ludzi w naszym życiu, którzy kiedyś byli dla nas jak bogowie. Spojrzeć na nich, jak na zwykłych ludzi i dać im spokój. Zobaczyć, jakie kawałki naszej psychiki ukształtowały się w oparciu o naśladowanie, obserwowanie, interakcje i relacje z naszymi rodzicami, żebyśmy mogli zobaczyć: o wow! ja tu ja tu jestem jak tata, a tutaj odtwarzam mamę, albo ja tu działam tak żeby żeby im zrobić na złość. Grzebiemy w przeszłości, żeby tych rodziców zobaczyć, żeby ich puścić i żeby zdjąć ich z tego piedestału i pozwolić im sobie być jakimi chcą. Uwolnić ich od tej konieczności bycia idealnymi i siebie od spełnienia ich oczekiwań albo buntowania się przeciwko nim. Do budowania czegoś swojego, niezależnie od nich.
Przyglądamy się przeszłości również po to, żeby zobaczyć czyim głosem do siebie mówimy i czy to aby na pewno jest głos i nasza prawda. Żeby przestać sobie dowalać, a zamiast tego zrozumieć skąd mi się to, czego w sobie nie lubię, albo nie akceptuję, wzięło. Zrozumieć, że to nic dziwnego że tak mam i że nie jestem jakaś beznadziejna, dziwna i wybrakowana, tylko to normalne że w ten sposób reaguję, skoro moja rzeczywistość tak wyglądała. Możemy też dzięki temu ocenić, czyje kryteria sukcesu, powodzenia i udanego życia próbujemy spełnić i czy dzisiaj, jako dorosłe osoby, zgadzamy się z nimi. Możemy np. marzyć o prostym, spokojnym życiu blisko natury, ale rodzice byli ambitni, wykształceni, odnosili sukcesy zawodowe i finansowe, albo wręcz przeciwnie, ledwo ciągnęli i w nas upatrywali ratunku i spełnienia własnych ambicji. I możemy spędzić życie pnąc się po szczeblach kariery albo zdobywając kolejne tytuły naukowe i czuć się martwi wewnątrz, tęskniąc za oddechem, szumem morza i dotykiem wiatru na skórze. Wtedy poszukanie w przeszłości pozwala nam zobaczyć czyją drogą idziemy i świadomie zdecydować się na własną.
Ważnym dla mnie skutkiem przyglądania się przeszłym doświadczeniom jest też spójny obraz siebie, z uznaniem historii, która nas ukształtowała na osobę, jaką jesteśmy dzisiaj. W rezultacie może to prowadzić do dojrzałego poznania własnej tożsamości i niejednokrotnie wpływa pozytywnie na odzyskiwanie adekwatnej samooceny. Kiedy rozumiem swoje doświadczenia oraz potrafię podejść do siebie z życzliwością, mogę przestać poszukiwać swojej wartości w zewnętrznych kryteriach, gonić „spełnienie” i prestiż, które (przepraszam za spoiler) nie dają żadnej satysfakcji, kiedy już nam się – za cenę ogromnego wysiłku i czasu - nawet udaje je osiągnąć. I często, zamiast potraktować to rozczarowanie jako wskazówkę, uznajemy, że to pewnie w kolejnym awansie albo tytule albo milionie na koncie, czy jeszcze kilku kilogramach mniej czeka na nas to, czego szukamy. I często właśnie poszukanie w przeszłości przyczyn naszego gonienia za przygniłą marchewką, uwalnia od tego przymusu i pozwala poszukać własnej drogi.
Zatem nie „grzebiemy” w przeszłości po to, żeby ją rozgrzebać i w niej utkwić, obwiniając cały świat za swoje niepowodzenia, tylko po to, żeby połączyć kropki. Żeby ona już nami nie rządziła, żeby rozbroić mechanizmy, które ukształtowały się dawno temu i dzisiaj są nieaktualne i bardziej nam szkodzą niż pomagają. I żeby właśnie przestać żyć pod dyktando przeszłości. Bo kiedy rozumiem, dlaczego dzisiaj tak reaguję, jaka była droga która mnie tutaj doprowadziła, kiedy już wiem że coś, co mi doskwiera, jest reakcją z przeszłości, na coś starego, to mogę się zatrzymać, wziąć oddech i zrobić inaczej niż do tej pory. Mogę zrobić sobie przestrzeń na świadome decyzje i wybory czyli po prostu – dorosnąć.




Komentarze